Ciężko jest pisać o płytach tak innych od oczekiwań, jakie są stawiane ich twórcom. Szczególnie jest to trudne w kontekście zespołów kultowych, a za taki uważam The Strokes. Reality Awaits to siódmy album nowojorczyków, ale nie będzie przesadą nazwanie go albumem przełomowym. Nie dlatego, że ponownie zmienia oblicze muzyki gitarowej, lecz dlatego, że tak zdecydowanie odcina się od wyobrażeń o tym, jak The Strokes powinni brzmieć. To płyta wymagająca skupienia, cierpliwości i kilku przesłuchań.

Album wydany: 24.07.2026 nakładem RCA / Cult Records
Niebawem minie dwadzieścia pięć lat od wydania Is This It, płyty, która po dekadzie dźwiękowego ulepu z Seattle zmieniła oblicze muzyki gitarowej w XXI wieku. Każda kolejna płyta była oceniana w kontekście ich debiutu. Zresztą poprzednia dekada nie była dla The Strokes zbyt łaskawa. Po bardzo nierównym Angles oraz Comedown Machine, który był raczej domknięciem kontraktu z wytwórnią, zespół odrodził się przy okazji The New Abnormal. Ponadto ten album był pierwszym efektem współpracy z Rickiem Rubinem, którą zespół kontynuuje przy Reality Awaits. Poprzednia płyta, mimo że dość bezpieczna i w klimacie grupy, przyniosła im też pierwsze w karierze Grammy.

Sama płyta powstawała kilka lat temu w Villa Nimbu w Kostaryce. Cały sprzęt nagraniowy oraz instrumenty rozstawiono pod gołym niebem na tarasie z widokiem na Pacyfik. Rubin przy okazji promocji płyty opowiadał, że zespół codziennie grał koncert „dla oceanu na szczycie góry”. Zresztą nie była to jedyna atrakcja, ponieważ Julian Casablancas zgubił swój paszport, który lokalny taksówkarz znalazł przy ulicy i szukał właściciela przez ogłoszenia na Facebooku. Mimo że sama sesja nagraniowa miała miejsce na przełomie 2021 i 2022 roku, The Strokes nie spieszyli się z wydaniem nowego materiału. Nie jest to zaskoczeniem, ponieważ od wielu lat funkcjonują raczej jako kolektyw, a nie pełnoetatowy zespół. W międzyczasie Julian Casablancas wydał z The Voidz album Like All Before You, a Albert Hammond Jr. wydał solowy Melodies on Hi-Fi.

Album składa się dla mnie z trzech grup utworów, które mieszają się na trackliście, lecz można w nich znaleźć pewną spójność. Największe zaskoczenie przynoszą utwory, w których słychać eksperymentalny język The Voidz. Otwierające album Psycho Shit rozwija się jak niepokojąca, pięciominutowa ballada, w której auto-tune nie służy do wygładzenia wokalu, lecz do jego stopniowego odczłowieczania. Podobny zabieg wraca w Falling out of Love oraz finałowym Tyrants of the Mellow Moon. Casablancas z Rubinem wykreowali w nich brzmienie wokalu, które poprzez modulację staje się wręcz nieludzkie i brzmi jak maszyna, a może to puszczenie oka do słuchaczy?
Dla równowagi Dine N’Dash, Lonely in the Future i Going to Babble On opierają się na znacznie bardziej znajomym języku zespołu, czyli zazębiających się gitarach, oszczędnej sekcji rytmicznej i melodiach, które kojarzymy z poprzednich albumów The Strokes. W mojej opinii najciekawsze są pozostałe utwory, czyli Going Shopping, Liar’s Remorse oraz The Fruits of Conquest. Nie tylko próbują spiąć nowe ze starym, ale też nieustannie puszczają oko do fanów. Mówią wręcz: możemy brzmieć jak The Rolling Stones i jak gwiazdki pop, ale możemy też zagrać glam rockowe solo, a jednocześnie nie gubimy naszego DNA.
Czy zakochałem się w tej płycie po pierwszym przesłuchaniu? Absolutnie nie! Oburzenie graniczące ze zgorszeniem, gdy tylko usłyszałem auto-tune, było emocją przewodnią, lecz jednocześnie każde kolejne przesłuchanie przynosiło mi nową perspektywę. Nie jest to płyta, która zadowala od razu, ale należy jej dać szansę i wyjść poza lore The Strokes, aby ją docenić. Dopiero wtedy okazuje się, że to, co początkowo brzmi jak zdrada własnego stylu, może być próbą uratowania zespołu przed staniem się własnym tribute bandem.
7/10




