Wracają pionierzy nowej fali post-hardcore’u! Rekrutacja Bena Russina z nieodżałowanego Title Fight i nagranie z nim Calling the dogs (2023, Run for Cover) nie oznaczała powrotu do korzeni gatunku, ale wraz z kilkoma świetnymi singlami – obraz świeżego wypustu Citizen pt. Halcyon Blues, zapowiada nowe otwarcie dla zespołu.

Citizen to zespół ze Stanów, którego styl zaczyna się na emo i hardcorze, przechodząc przez rock alternatywny, power pop, a kończąc gdzieś w okolicach dance- i post-punku. Niedługo po założeniu stali się czołowymi przedstawicielami rosnącej na popularności nowej fali muzyki hardcore, po powolnym schyłku jej bardziej rozpoznanych w mainstreamie odłamów: emo-popu i mall screamo. The Wave, czyli amerykańska scena nowego post-hardcore’u, miała swój peak na początku lat 10. XXI wieku, a jej najważniejszymi reprezentantami są Title Fight, Touché Amoré, Defeater, ale również akty z Wielkiej Brytanii takie jak, Casey czy ostatnio bardzo popularne (szczególnie na wyspach) Basement.
Pierwsza i do dziś mocno celebrowana płyta zespołu Youth (2013, Run for Cover) jest podręcznikowym przykładem powrotu emo na deski scen coraz to większych klubów. Citizen nie szczędzi nam swoich łez, czy to wyśpiewanych czy wykrzyczanych, korzystając z szerokiej palety efektów gitarowych. Budowanie brzmienia i przestrzeni w utworach można odnieść do shoegaze’u i do grunge’owej sceny ze Seattle.
Na Everybody is Going to Heaven (2015, Run for Cover) zespół odsłania swoją kolejną twarz. Nie jest to transformacja totalna, ale grunge i rock alternatywny zdają się tu mocno wychodzić ponad emo. Bywają też utwory dużo bardziej surowe w kompozycji, wręcz slowcore’owe jak Yellow love, ale nie brakuje też nawiązań do metalu (i noise rocka?) w utworach takich jak Ten.
Kolejne etapy w twórczości to dalsze doskonalenie stylistyki rocka alternatywnego z wpływami współczesnych iteracji post- i dance-punka. Albumy wychodziły lepiej i gorzej, ale w mojej opinii chłopaki nigdy nie zatracili talentu do pisania dobrych refrenów i budowania chwytliwych melodii. Na każdej płycie fan rocka alternatywnego znajdzie coś co go zaskoczy, a zespół co płytę dodaje do swojego brzmienia nowe inspiracje i instrumentaria.



Singiel z Calling all Dogs i reakcje fanów na zmiany w brzmieniu
Po Calling the Dogs, który wkraczał już na tereny power-popowe, ciężko byłoby spodziewać się tego co nadeszło. Mocne zmiany czuć już od pierwszego utworu napisanego na potrzeby płyty i jednocześnie pierwszego singla. Elektroniczna perkusja i miejscami taneczne rytmy dalej są z nami ale odważniejsza barwa głosu i budowanie przestrzeni na Highs and Lows jest żywcem wyciągnięte z Youth. Sam Mat Kerekes (wokalista i autor tekstów) napomknął w wywiadzie dla Wall of Sound, że czuł się jakby jego wokalna forma, zbliżała się do swoich najlepszych lat1. Wraca też doza shoegaze’u, prawdopodobnie dzięki jego popularności w dzisiejszym rocku alternatywnym i indie rocku.
Nie jest to jeszcze hardcore z krwi i kości, brakuje mu trochę specyficznej łajtukejowej przewózki z dawnych lat, ale nie ma w tym niczego złego. Citizen dalej pisze dobre piosenki, może nawet najlepsze od 12 lat, co również udowania kolejny singiel Halcyon Blues. Bardziej jednostajny niż swój poprzednik, ale nie unikający nawiązań do pierwszej i drugiej płyty. Tutaj również warto zauważyć pracę Bena Russina (ex-Title Fight, Citizen 2023-dziś), prawdopodobnie dzięki któremu, poprzednia płyta pozostawała bardzo interesującą. Tym samym przypuszczamy, że tytuł płyty powiązany jest z tekstem utworu: ”Bittersweet like summer rain coming down hard on you,
Halcyon blues”. Russin również błyszczy na kolejnym singlu I Can See You From Here. Bardziej tanecznym, ale dalej trzymającym mocny ładunek emocjonalny.
Good Fortune jest ostatnim singlem promującym płytę, wypuszczonym na kilka dni przed premierą. Mocny, przesterowany bas i szybkie tempo perkusji to dobre połączenie. W odróżnieniu od poprzedników, utwór zdaje się ocierać łzy i być w lekko weselszym nastroju. Ciekawe, jak single mają się do całości płyty?
Po odsłuchu trzech znanych singli przechodzimy tanecznym krokiem do Is It In My Brain?, który znów uderza w bardziej ruchliwą stronę zespołu. Album zwalnia na dwóch kolejnych utworach, by później znów eksplodować eksperymentalnym i zaskakującym Matador. W industrialną perkusję Citizen wplątuje akustyczne gitary, a później surowe partie basu i krzyczane wokale. Większość utworu nie brzmi jak cokolwiek związanego ze swoim autorem, ale dalej daje dużo frajdy i przede wszystkim zróżnicowania na płycie. Wraca też temat wokalu, który zgodnie z zapowiedzią wokalisty, brzmi dużo pewniej niż płytę temu. Kolejny utwór ze znajomym już, melancholijnym brzmieniem w średnim tempie do którego, zespół nas przyzwyczaił zaskakuje długim solo na basie, a następny – Smooth Talker uderza w tony rocka alternatywnego (Muse ktoś? coś?).
Słuchając tej płyty przychodzą mi na myśl Turnstile i Basement. Ten pierwszy szczególnie w kwestii przybliżenia muzyki hardcore szerszej publice, dalej oddając szacunek tym co ich budowało. Basement, które miałem przyjemność widzieć w tym roku w Poznańskiej Tamie, nie robi takiej furory jak Turnstile, ale też nigdy nie uciekło tak daleko od stylu ze swojej pierwszej płyty. Tak czy inaczej, Wired tak jak Halcyon Blues, są świetnym dowodem na to, że warto pamiętać o swoich korzeniach idąc brzmieniowo tak bardzo do przodu. Mimo wszystko, płyta korzysta oczywiście garściami z revivalu post punku i całego doświadczenia jakiego zespół nabrał nagrywając swoje bardziej alternatywno-rockowe płyty, rozszerzając ten styl jeszcze dalej. Nie jest to oczywiście wielki powrót do korzeni i kolejne Youth, ale wierzę, że zadowoli to wielu fanów którzy przez wiele lat kręcili nosem na coraz to bardziej popowe wypusty Citizen.
Halcyon to album, na którym zespół odkrywający się na nowo co płytę robi kilka kroków w tył, żeby nabrać rozpędu i wyskoczyć ponad swoje dokonania sprzed 13 lat idąc łeb w łeb ze swoimi najlepszymi płytami.
7.5/10






